Sama nie wiem...

 ...czy psychoterapia jest w ogóle dla mnie. Jestem w tym jeszcze bardziej pogubiona, skonsternowana; i samotna. To nie jest już tylko wrażenie ani złudzenie — ja naprawdę jestem kompletnie niezrozumiana, nikt mnie nie "ogarnia", już boję się cokolwiek mówić do kogokolwiek. Wszystko tutaj jest takie prostolinijne, wręcz płaskie, nikt nie zagląda głębiej, nie stara się zrozumieć głębiej, nawet psychoterapeutka. Bo jak się odezwę, to znów będą mi wmawiać, że sobie wmawiam, że powinnam się bardziej otworzyć na innych i... to wszystko, co słyszę od lat. Albo pytania: dlaczego tak myślę itp., a ja nie potrafię tego tłumaczyć, to znowu bezcelowe. Otwarta na innych byłam wcześniej całe lata i co mi z tego przyszło? Rozczarowania, ból i traumy. Bo każdy i tak mierzy swoją miarą. A ja ciągle — przez większość mojego dotychczasowego życia — znajduję się w takim środowisku, gdzie nikt nie myśli, nie odczuwa, nie widzi tego, co ja. To jest bardzo frustrujące. 

Mam teraz dużo do myślenia. Muszę jednak samodzielnie to wszystko przemyśleć, poukładać od nowa, znaleźć sposób na przetrwanie, ogarnięcie po swojemu. Może jeszcze przez marzec jakoś wytrzymam na tej psychoterapii, choć już będzie to raczej bardziej udawanie niż faktyczne zaangażowanie. Terapeutka coraz bardziej mnie wkurza, ma jakiś swój plan... w ogóle odnoszę wrażenie, że uczepiła się tylko tego, co ona rozumie, ale to nie jest istota problemu. Natomiast jeśli ja sama tego w sobie nie poukładam, nikt inny nie będzie w stanie mi pomóc.